środa, 23 czerwca 2010

Katecheza 14 - Przez sakrament Bierzmowania otrzymujemy siedem darów Ducha Świętego

6. Przez sakrament Bierzmowania
otrzymujemy siedem darów Ducha Świętego
Kiedy biskup udziela sakramentu Bierzmowania, obrzęd zaczyna się od liturgii słowa. Czytamy Pismo Święte, potem biskup wygłasza homilię, wyjaśniając kandydatom znaczenie tego sakramentu. Następnie sta­wia im pytania, a oni odpowiadają wyznaniem wiary, ponieważ o tej wierze mają odtąd świadczyć. I kiedy przychodzi najważniejszy moment, gdy biskup ma już udzielić im Bierzmowania, wtedy wyciąga nad nimi ręce i modli się: — „Boże Wszechmogący, ześlij na tych ochrzczonych Ducha Świętego. Daj im ducha mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności — i napełnij ich duchem Twojej bojaźni".
W tej modlitwie biskup wymienia siedem darów Ducha Świętego. Te dary stanowią wielkie duchowe bogactwo każdego człowieka bierzmowanego. Trzeba teraz o nich coś powiedzieć.
Już mówiliśmy, że Duch Święty, jako trzecia Osoba Boska, tak jak Bóg Ojciec i Syn Boży — działa dla naszego zbawienia. Bóg Ojciec objawił się pośrednio przez stworzenie. Syn Boży dał się poznać przez Wciele­nie i Odkupienie, a przez krzyż i Zmartwychwstanie dał nam nowe życie. W tym nowym życiu poznajemy Ducha Świętego, który obdarza nas wewnętrznymi darami. Wszystkie łaski, które otrzymujemy od Boga, można nazwać darami Ducha Świętego. Zgodnie z tym, co 
powiedział Pan Jezus, odpuszczenie grzechów dzieje się mocą Ducha Świętego; natchnienia do czynienia dobra, wszystkie pocieszenia i umocnienia w modlitwie, a także różne uzdolnienia, które pomagają ludziom dobrze czy­nić dla innych — to są wszystko dary Ducha Świętego. Jeżeli ktoś ma zdolność do głoszenia słowa Bożego, umie świadczyć o swojej wierze — to także jest umiejętność pochodząca od Ducha Świętego. Święty Paweł pisze w pierwszym Liście do Koryntian, że Duch Boży daje każ­demu chrześcijaninowi takie dary, jakie chce, pozwala nawet na czynienie cudów i dokonywanie rzeczy prze­kraczających ludzkie możliwości, bo On jest w stanie uzdolnić człowieka do każdego działania.
Ale między tymi darami, którymi Duch Święty nas obdarza, szczególne znaczenie w naszym życiu ma siedem darów Ducha Świętego, które biskup wymienia w modlitwie przed Bierzmowaniem. Te siedem darów wymienił po raz pierwszy prorok Izajasz, kiedy przed wiekami zapowiadał przyjście Mesjasza. Napisał wtedy, że potomek Dawida, na którego cały naród izraelski oczekuje, przychodząc na ziemię otrzyma ducha mąd­rości, rozumu, rady, umiejętności, męstwa i pobożności, i że będzie napełniony duchem bo jaźni Bożej. A więc miały to być jakieś szczególne uzdolnienia Mesjasza (por. Iz 11,2).
W swojej działalności Pan Jezus rzeczywiście wy­kazał, że ma pełnię darów Ducha Świętego. Odznaczał się i mądrością, i umiejętnością, i pobożnością. A ponie­waż obiecał swoim uczniom, że ześle na nich Ducha Świętego — i że Duch Święty wszystkiego ich nauczy i będzie ich umacniał — stąd wiemy, że te siedem darów otrzymują również wszyscy wyznawcy Chrystusa.
Dlatego od dawnych czasów biskupi udzielający sakramentu Bierzmowania wzywali wiernych, aby mod
liii się o te siedem darów — ponieważ one stanowią szczególne umocnienie duchowe człowieka. One nas upodabniają do Chrystusa i pozwalają działać już nie tylko po ludzku, według ludzkich możliwości, lecz tak, jak może działać człowiek obdarzony Bożą mocą.
Na czym polega działanie darów Ducha Świętego — najlepiej przedstawić na przykładzie. Prosimy na przykład o dar rozumu. Otóż każdy człowiek ma z natury dany przez Boga rozum, dzięki któremu myśli, poznaje świat, rozróżnia dobro i zło. Człowiek może przy tym mieć różne zdolności: do matematyki, do muzyki, do rozwiązywania trudnych życiowych problemów, może też mieć dobrą pamięć, która mu pozwala łatwiej zdać każdy egzamin. To wszystko jednak dotyczy spraw doczesnych. Ponad to wszystko — człowiek potrzebuje światła wiary, żeby mógł poznać Boga i cel swojego życia. Kiedy wielki uczony francuski, późniejszy laureat nagrody Nobla, Alexis Carrel przyjechał pierwszy raz do Lourdes, żeby się dowiedzieć, czy istnieją cuda — na jego oczach została uzdrowiona z ropnego zapalenia otrzew­nej prawie umierająca chora, którą przedtem jako lekarz się opiekował i której stan bardzo dobrze znał. Alexis Carrel musiał wtedy stwierdzić, że jest świadkiem cudu, którego w żaden sposób medycyna nie umie wytłuma­czyć. Zrozumiał, że musi tu uznać działanie mocy Bożej, a więc musi uwierzyć w Boga. I wtedy ze zdziwieniem zauważył, że cała jego wiedza dotyczy tylko świata mate­rialnego, że aby zrozumieć tajemnicę Boga, potrzebuje innego światła dla swojego rozumu — światła wiary. Bez tego światła — mimo że chce — jednak nie umie powie­dzieć: Boże, wierzę w Ciebie.
Wielki uczony nie spoczął, aż to światło wiary rozjaśniło jego umysł. Modlił się i medytował, studiował Ewangelie, aż wreszcie był w stanie nie tylko wyznawać 
swoją wiarę, ale napisał piękną książkę o modlitwie, w której wykorzystał swoje duchowe doświadczenia.
Światło wiary — to jest pierwszy dar Ducha Świę­tego dla ludzkiego umysłu. Dar, o który wszyscy musimy się modlić. Jak często trzeba prosić o to światło dla na­szych bliskich, którzy mają wiedzę doczesną, potrafią rozwiązywać różne problemy życiowe, ale wciąż jeszcze nie umieją rozpoznać prawdy o Bogu.
Jeżeli zaś jesteśmy obdarzeni tym światłem wiary, jeżeli umiemy zwracać się do Boga w modlitwie — to wciąż jeszcze musimy prosić o nowy dar Ducha Świętego — o dar rozumu, który tę naszą wiarę umocni i pogłębi. Takim darem rozumu był szczególnie obdarzony święty Tomasz z Akwinu, sławny teolog XIII wieku, który w swoim wielkim dziele — w „Sumie teologicznej" — pisał o tajemnicach Bożych z niezwykłą jasnością. Ale kiedy pod koniec życia doznał widzenia Boga w sposób nadprzyrodzony, mistyczny — wtedy przerwał pisanie. Powiedział, że wszystko, co do tej pory napisał — wydaje mu się nic nie wartą sieczką, paplaniną. Bo tajemnica Boga przekracza wszelkie ludzkie możliwości wypowia­dania się.
Siedem darów Ducha Świętego — to są uzdolnie­nia człowieka, które otwierają przed nim wprost nieogra­niczone duchowe możliwości. Żadna ludzka wiedza, żadne ludzkie umiejętności nie dorównają tym dziełom, których człowiek może dokonać pod wpływem darów Ducha Świętego. Nie ma wtedy znaczenia jego słabość czy jakiekolwiek ograniczenie. Dzieci okazują się mąd­rzejsze od dorosłych, słabi okazują się mocniejsi od sil­nych.
Kiedyś, przed laty, jeden z misjonarzy opowiadał, że w Afryce spotkał arabską dziewczynkę, która z wielką radością zapragnęła przyjąć Chrzest i należeć do Pana 
Jezusa. Cała jej rodzina wyznawała islam, ale ona była tak zdecydowana i tak bardzo jej zależało na tym, żeby być chrześcijanką, że misjonarz zgodził się na to. Nie czeka­jąc, aż dorośnie — gdy doskonale zdała egzamin z kate­chizmu — udzielił jej potajemnie Chrztu. Ta dzie­wczynka mogła tylko po kryjomu przychodzić do kaplicy misyjnej, bo cała jej rodzina nie wiedziała o jej nawró­ceniu.
Pewnego upalnego dnia był pierwszy piątek mie­siąca. Po południu dziewczynka przybiegła do kaplicy misyjnej z prośbą, aby jej udzielić Komunii świętej. Otóż było to jeszcze przed wojną — w tamtych czasach obo­wiązywało prawo postu eucharystycznego od pomocy. To znaczy, że ten, kto chciał przystąpić do Komunii świętej — już od północy nie mógł ani jeść, ani pić, nawet picie wody było zabronione. Takiego surowego postu eucharystycznego przestrzegaliśmy wszyscy prawie do czasów ostatniego soboru. Teraz oczywiście wystarczy tylko jedna godzina, jest to wielkie ułatwienie. Ale wtedy, gdy ona poprosiła o Komunię świętą, misjonarz powie­dział: — Dziecko, przecież już jest po południu, czy ty rzeczywiście nic dzisiaj nie jadłaś? — Nie, proszę ojca, dziś nic nie jadłam ani nie piłam. — Jakże to, w taki upalny dzień? Coś ty dzisiaj robiła? — Pracowałam, jak mogłam, czekając tylko na okazję, żeby się wymknąć, żeby przyjąć Komunię świętą. — I przez cały dzień nic nie miałaś w ustach, ani kropli wody?
Misjonarz spojrzał z podziwem na to dziecko. Wcale nie wydawała się ani przygnębiona, ani zmęczona. Jakaś wielka gorliwość ożywiała jej słabe ciało. Cały dzień bez kropli wody, w upalnym słońcu. I wytrzymała to z radością — dlatego, żeby móc przyjąć Pana Jezusa wtedy, gdy nadarzy się okazja.
Do takiego wyrzeczenia się, do takiego wzmoc
nienia sił człowieka tylko Duch Święty może uzdolnić darem pobożności, tak iż rzeczy trudne stają się możliwe i łatwe. To przecież w Afryce, w Ugandzie, wyznawali wiarę w Chrystusa młodzi chłopcy — męczennicy z Ugandy — paleni żywcem przez okrutnego króla za to, że nie chcieli brać udziału w jego rozpustnych zabawach. Byli to: święty Karol Lwanga i jego dwudziestu jeden towarzyszy — pierwsi męczennicy murzyńscy wynie­sieni na ołtarze jako święci. Najmłodszy z nich miał trzynaście lat. Męstwo okazane przez tych młodych chłopców w czasie tak straszliwych prześladowań to nie była tylko ludzka odwaga. To był wielki dar męstwa, który Duch Święty wszczepił w ich serca i pozwolił im osiągnąć chwałę męczenników.
Takie jest działanie darów Ducha Świętego, gdy chodzi o poznanie Boga, o miłowanie Boga, o wypełnia­nie woli Bożej. Duch Święty, którego otrzymujemy w sakramencie Bierzmowania — obdarza nas swoimi darami, dając nam możliwości ponad nasze własne siły.
Może ktoś zapytać: — Dlaczego nie we wszyst­kich sercach Duch Święty tak skutecznie działa? To py­tanie rozważaliśmy już poprzednio. Żeby dary Ducha Świętego mogły pokierować postępowaniem człowieka — i pomnożyć jego siły w nieskończoność — ze strony człowieka potrzebny jest akt głębokiej uległości. Duch Święty jest Osobą Boską, która kieruje nami nieomylnie, ale pod warunkiem, że jesteśmy Mu całkowicie po­słuszni. Tymczasem człowiek nie jest skłonny do podda­wania się działaniu Bożemu tak bez reszty i całkowicie. My zawsze mamy ochotę postępować trochę po swoje­mu. I trzeba ogromnego wyrzeczenia się siebie, gotowo­ści do przyjęcia każdego wezwania, żeby można było doznać Jego mocy, która prowadzi nas do wykonywania rzeczy niemożliwych.
Wspaniałym przykładem człowieka, który poddał się działaniu Ducha Świętego jest Prymas Tysiąclecia — kardynał Stefan Wyszyński. Mamy wydane jego „Zapiski więzienne". Jest to książka, którą każdy katolik w Polsce powinien koniecznie przeczytać. Książka przedstawia­jąca historię duchową człowieka, który osiągnął wielką doskonałość przez poddanie się działaniu Ducha Świę­tego.
Wiemy, że biskup Stefan Wyszyński został pry­masem Polski i arcybiskupem Gniezna i Warszawy mając czterdzieści siedem lat. Na jego barki spadły ogromne obowiązki. Czasy były nadzwyczaj trudne — koniec roku 1948. Zaczynała się wtedy wielka walka przeciwko Koś­ciołowi, prowadzona bezwzględnie przez komunistów. Ten człowiek, stojący na czele Kościoła w Polsce, odpo­wiadał za losy narodu. W jaki sposób można sprostać takiemu zadaniu? Wiemy, jak to bywało wtedy w innych krajach komunistycznych. Wielu ludzi zdolnych i pew­nych siebie, kiedy zapłacze się w trudne zadania — wyka­zuje bezradność i ograniczenie. Są takie sytuacje, w któ­rych, jak mówi stare porzekadło, „nie ma mądrych".
Prymas Stefan Wyszyński podjął odważnie obronę praw Kościoła. Przez pierwsze lata swojego pasterzowania zdobył zaufanie narodu, okazał się nie­ugiętym głosicielem prawdy Bożej. Skończyło się to jego aresztowaniem. W roku 1953 został zabrany nocą z pałacu biskupiego na Miodowej i internowany. Odizolo­wano go całkowicie od Kościoła w Polsce, od biskupów i kapłanów. Nic nie wiedział, co się w ojczyźnie dzieje. Prześladowcom chodziło tu o dwie sprawy: jedna, żeby Kościół w Polsce pozbawić kierownictwa tak zdecydo­wanego przywódcy; a z drugiej strony chodziło o to, żeby w warunkach izolacji osaczyć go i załamać. Liczono, że znękany samotnością, będzie musiał zgodzić się na 
współpracę z komunistami. Ksiądz Prymas Wyszyński początkowo próbował upominać się o prawa obywatela w kraju rządzonym rzekomo zgodnie z konstytucją. Kiedy jednak się zorientował, że wszystkie jego starania napo­tykają na mur złośliwej obojętności, że po prostu jego prześladowcy liczą na to, iż da się wciągnąć w jakieś kompromisy, iż się w końcu załamie — postanowił się z tego wycofać. I co wtedy uczynił? Zdecydował, że swoje losy odda bez zastrzeżeń w ręce Boga. Że przestanie się niepokoić o Kościół w Polsce i o wszystkie swoje sprawy, a jedynym jego zadaniem będzie — być do dyspozycji Boga, tak jak On sam chce. Wybrał sobie za patronkę — Najświętszą Maryję Pannę i w jej ręce powierzył całe swoje życie. I odtąd to odosobnienie stało się jakby pu­stelnią, w której dojrzewała jego świętość. Miesiąc po miesiącu — a możemy to prześledzić czytając „Zapiski więzienne" — jego serce stawało się coraz bardziej po­korne przed Bogiem, coraz bardziej otwarte na działanie Ducha Świętego, coraz bardziej posłuszne, coraz bar­dziej ogarnięte pragnieniem wyrzeczenia się siebie. I w ten sposób ksiądz Prymas Wyszyński — wbrew spodziewa-niom swoich prześladowców — miast słabnąć, wzmac­niał się duchowo. Nawet choroba fizyczna, którą prze­chodził, nie przeszkodziła w tym. Owszem, z miesiąca na miesiąc stawał się wewnętrznie coraz mocniejszy, zaś jego umysł został przeniknięty i udoskonalony bezcen­nym darem Ducha Świętego, darem rady, który umożli­wia człowiekowi bezbłędne postępowanie w trudnych sytuacjach.
Aż wreszcie po trzech latach — w roku 1956 — mógł powrócić do Warszawy i stanąć na czele Kościoła: zaczęła się jego wielka praca nad przygotowaniem Mille­nium — tysiąclecia chrześcijaństwa w Polsce. W tym czasie umiał przeprowadzić Kościół przez wszystkie 
napaści i ataki ze strony komunimu. Doczekał się wyboru papieża Polaka. Doczekał się powstania „Solidarności".
Pan Bóg pozwolił mu umrzeć w roku 1981, kiedy Polska budziła się do nowego życia. Jego pogrzeb odbył się na placu Zwycięstwa. Prymas Tysiąclecia po śmierci odbierał hołd od wszystkich — od przyjaciół i od wrogów — i oto wszyscy stwierdzili, że ten człowiek przez 33 lata przewodzenia Kościołowi w Polsce, w tak strasznie trud­nych warunkach — nie popełnił błędu. Ten człowiek nieomylnie wybierał właściwe rozwiązania we wszyst­kich najbardziej zawiłych sytuacjach. To nie była już ani ludzka roztropność, ani doświadczenie biskupa — to był wielki dar Ducha Świętego — dar rady. Był to dowód, że Prymas jest człowiekiem całkowicie oddanym Bogu. Bo taki jest warunek działania darów Ducha Świętego — całkowita rezygnacja z siebie, oddanie siebie do dyspozy­cji Bogu. Wtedy dzieła człowieka przekraczają jego natu­ralne możliwości. Człowiek bowiem staje się narzędziem działania Bożego w wykonywaniu wielkich Bożych pla­nów.
Przykładów działania darów Ducha Świętego możemy znaleźć wiele w życiu ludzi, którzy oddali się do dyspozycji Bogu, i dzięki temu doszli do szczytów świę­tości. Między wszystkimi darami Ducha Świętego — na samym szczycie jako dar najdoskonalszy — wymieniamy dar mądrości. Dar mądrości udoskonala człowieka w jego oddaniu się Bogu przez miłość, która wyraża się w dosko­nałym posłuszeństwie. Bóg jest miłością nieskończoną. Miłowanie Go ponad wszystko jest osiągnięciem najwyż­szej świętości. Ale my nie potrafimy tego dokonać nawet wtedy, kiedy mamy dobre chęci. Aby nasza miłość ku Bogu była czysta, bezinteresowna, konsekwenta, że­byśmy umieli ją realizować we wszystkich sytuacjach życiowych — potrzeba szczególnego daru Ducha Świę
tego — daru mądrości. Ten dar mądrości jaśnieje w życiu wielu świętych, którzy miłując Boga — umieli kon­sekwentnie i bez zastrzeżeń wypełniać Jego wolę, jakby całkowicie przekreślając siebie.
Wśród znanych postaci historycznych naszej ojczyzny trzeba wspomnieć tu królową Jadwigę, nie­dawno beatyfikowaną przez naszego papieża. Jej wielkim osiągnięciem było wprowadzenie chrześcijaństwa na Litwę. Wiadomo, że dzięki ofierze królowej Jadwigi, która zdecydowała się poślubić litewskiego księcia Jagiełłę, Litwa stała się chrześcijańska. Dla młodziutkiej Jadwigi, zaręczonej z Wilhelmem, księciem niemieckim — była to wielka ofiara. Było to całkowite wyrzeczenie się swoich planów. Wiemy, że protestowała przeciwko temu i nie chciała się na to zgodzić. Ale wreszcie zrozu­miała, że Bóg chce od niej tej ofiary, że dla zdobycia nowego narodu dla chrześcijaństwa trzeba, żeby zgodziła się na małżeństwo z obcym człowiekiem. Wtedy zdecy­dowała się na ten akt wyrzeczenia siebie dla miłości Boga, dla rozszerzenia wiary Chrystusowej. I nie tylko zgodziła się na to, ale ten nowy obowiązek podjęła z wielką gorli­wością.
Widać w tym działanie daru Ducha Świętego, daru mądrości. Bo może się zdarzyć, że człowiek przy­muszony okolicznościami rezygnuje ze swoich planów i mówi: — No, już trudno, skoro Pan Bóg chce, to niech tak będzie. Ale jeżeli czyni to tylko wysiłkiem własnej dobrej woli, to zwykle bywa tak, że po złożeniu takiej ofiary jest przygnębiony, nieszczęśliwy i wciąż na­rzeka: — Mój Boże, dlaczego to mnie spotkało? dlaczego ja musiałem się na to zgodzić? dlaczego tyle mnie to kosztuje?
Otóż w królowej Jadwidze działanie daru mąd­rości przejawiło się w tym, że w momencie, gdy przekreś
liła swoje plany, oddała się bez zastrzeżeń na służbę Bogu i narodowi jako władczyni Polski i gorliwa krzewi­cielka religii. Od tej chwili wszystkie swoje siły i całe serce skierowała ku wypełnianiu tego nowego zadania. W jej późniejszym życiu nie widać ani wahania, ani nieza­dowolenia, ani jakichkolwiek oporów. Ofiarnie służyła narodowi, troszczyła się o potrzebujących, budowała fundamenty polskiej kultury odnawiając Uniwersytet Krakowski. Całe życie poświęciła bez reszty Bogu i trud­nym obowiązkom królowej.
Jadwiga może być przykładem człowieka, który przez wyrzeczenie się siebie i oddanie do dyspozycji Bogu — został obdarzony wielkim darem mądrości, darem pozwalającym człowiekowi miłować Boga i bli­źnich bezinteresownie i konsekwentnie. I realizować tę służbę miłości we wszystkich najtrudniejszych sytua­cjach.
Tak jak dar rozumu udoskonala wiarę człowieka i daje zrozumienie tajemnic Bożych, jak dar mądrości udoskonala miłość i pozwala człowiekowi całym sercem działać zgodnie z tym, czego Pan Bóg od niego żąda, tak dar rady udoskonala roztropność człowieka i pozwala postępować bez omyłki. Podobnie i dar męstwa udosko­nala ludzką odwagę i daje siłę męczennikom. Dar pobo­żności udoskonala ludzką sprawiedliwość i pozwala dostrzegać we wszystkim najpierw to, co się należy samemu Bogu. I wreszcie otrzymujemy dar umiejęt­ności, który przenika ludzką nadzieję i sprawia, że czło­wiek nie traci otuchy nawet wtedy, kiedy jest mu trudno. We wszystkim, co go spotyka, spostrzega obecność Boga i ufa Bogu bezwzględnie.
Takim darem umiejętności szczególnie odznaczał się święty Franciszek z Asyżu. We wszystkich sytuacjach życiowych — nawet wtedy, kiedy go spotykało cierpienie 
— zawsze widział jeszcze jeden dowód Bożej opatrzności i ufał Bogu, przekonany, że On go zawsze prowadzi.
Powinniśmy gorąco modlić się o dary Ducha Świętego, bo one dają człowiekowi najwięcej mocy i ra­dości. Ale żeby one w nas działały rzeczywiście skutecz­nie, musimy starać się o wewnętrzną gotowość do pod­porządkowania się Bogu, do ufnego przyjęcia wszystkie­go, co nas spotyka. Bo kiedy przychodzą najtrudniejsze próby — wtedy od naszego zaufania Panu Bogu i od po­słuszeństwa Jego woli zależy, czy potrafimy w tych trud­nych sytuacjach otworzyć się na działanie tych darów i osiągnąć najdoskonalsze owoce naszej pracy.

Katecheza 13 - Bierzmowanie jest sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej

5. Bierzmowanie jest sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej
Odczytujemy zapisane w Ewangelii rozmowy Pana Jezusa z apostołami podczas Ostatniej Wieczerzy. Pan Jezus mówił im wtedy o przyjściu Ducha Świętego — i o tym, że mają być Jego świadkami. Zauważamy, że apostołowie słuchali tego z lękiem. Wiedzieli, że dzieło, które im Pan Jezus zleca, przekracza ich siły. Bali się swoich zadań misyjnych. Czytamy, że w pewnej chwili jeden z nich zapytał: — Dlaczego masz się objawić nam, a nie światu? (por. J 14,22). W tym pytaniu było takie naiwne wyobrażenie, że gdyby Pan Jezus ukazał wreszcie swoją potęgę, wzbudził podziw tłumu — wtedy ludzie by Go uznali. Świat by się poddał Chrystusowi.
Pan Jezus nie chciał jednak takich pozornych sukcesów. Odpowiedział, że poszukuje tych, którzy Go miłują, i będą Mu posłuszni, a On w nich zamieszka. Od wewnętrznej przemiany człowieka zacznie się Królestwo Boże na ziemi. Mają je budować wszyscy, którzy poznali prawdę, umiłowali Chrystusa i będą pod działaniem Ducha Świętego, który obdarzy ich mocą do świadczenia o Ewangelii. W ten sposób Pan Jezus mówił swoim apo­stołom o potrzebie duchowej dojrzałości.
Człowiek dojrzały to ten, który bierze na siebie odpowiedzialność, a nie czeka, aż coś samo się zrobi. Nie liczy na innych, ale sam zaczyna myśleć, co do niego należy i w jaki sposób ma to wykonać.


Przez sakrament Bierzmowania Duch Święty zaczyna nas kształtować na dojrzałych chrześcijan. Można być człowiekiem dorosłym, a wcale nie być do­jrzałym. Spotykamy niestety bardzo wielu ludzi doros­łych, a nieodpowiedzialnych.
Rozważaliśmy już poprzednio, jaki jest w nas ten dawny człowiek, uformowany przez grzech pierwo­rodny. Taki, który robi tylko to, do czego ma akurat nastrój, na co ma ochotę, i tak naprawdę nie można na niego liczyć. Człowiek niby dorosły, a postępuje jak roz­kapryszone dziecko, które raz szaleje w zabawie, kiedy indziej grymasi albo się złości, to znowu nic mu się nie chce i poddaje się lenistwu. Cóż pomoże dorosłość, gdy nie ma dojrzałości?
Ale może być odwrotnie. Gdy dziecko jest mąd­rze wychowywane przez rodziców, może być bardzo do­jrzałe i odpowiedzialne, chociaż jeszcze nie jest dorosłe. Rodzice jednak rzadko kiedy wychowują swe dzieci do dojrzałości. Najczęściej próbują im czegoś zabraniać albo coś nakazywać, wciąż się na nie gniewają, czasem wymie­rzają karę, a potem narzekają, że dzieci nie potrafią same sobą pokierować. Jednakże nakazami i gniewem nie nauczy się dziecka samodzielnego wybierania tego, co słuszne. Najpierw musi być dobry przykład uczciwego postępowania i panowania nad swoimi nerwami, a także więcej czasu poświęconego na rozmowy z dziećmi i na włączanie ich we wspólne troski domowe.
Niedawno odeszła do Boga taka mądra matka, która wychowała pięciu synów. Potrafiła od dzieciństwa uczyć ich odpowiedzialności za wszystkie sprawy domowe. Zawsze miała czas na poważne rozmowy z nimi o wszystkich rodzinnych osiągnięciach i kłopotach. Odważyła się na powierzanie dwunastoletniemu synowi pensji przyniesionej przez ojca, mówiąc: — Widzisz, tyle
dostaliśmy pieniędzy w tym miesiącu, zastanów się teraz, jak mamy gospodarować nimi, żeby nam starczyło. I chłopiec z całą powagą brał na siebie dopilnowanie, żeby te pieniądze zarobione przez ojca starczyły na utrzyma­nie rodziny. Pomagali mu w tym młodsi bracia. To jest przykład wychowania do dojrzałości. W tej rodzinie było po prostu niemożliwe, żeby dziecko domagało się od rodziców pieniędzy na przyjemności, bo te dzieci od początku czuły się odpowiedzialne za wszystkie domowe wydatki.
Sakrament Bierzmowania przynosi łaskę Ducha Świętego, która prowadzi człowieka ku chrześcijańskiej dojrzałości. Jak każde Boże działanie wobec człowieka rozumnego i obdarzonego wolną wolą, tak również łaska Bierzmowania wymaga od człowieka współpracy. Po to, żeby stawać się pod wpływem Ducha Świętego człowie­kiem duchowo dojrzałym, trzeba nad sobą pracować, trzeba od siebie wymagać.
Czego potrzeba, żeby być człowiekiem dojrza­łym? Pierwszym warunkiem dojrzałości jest ukształto­wanie w sobie sumienia. Warto nad tym się zastanowić. Cóż to znaczy sumienie? Jest to zdolność człowieka do rozpoznawania tego, co słuszne, i tego, co niesprawied­liwe; do rozróżniania, co powinien robić, a czego mu nie wolno. Człowiek wybiera coś zgodnie z sumieniem nie dlatego, że ma na to ochotę albo że się czegoś boi, i nie dlatego, że to go ciągnie lub jest dla niego korzystne, ale dlatego, że widzi to jako słuszne, i wie, że tak powinien postąpić. Dzięki sumieniu człowiek może kierować się powinnością, a więc wybierać dobro.
Dzisiejsi ludzie bardzo często powołują się na wolność sumienia i na to, że działają zgodnie z sumie­niem, ale rozumieją to bardzo powierzchownie, uczu­ciowo. Wolność sumienia oznacza dla nich mniej więcej
tyle, że mogą robić to, co im się podoba. Działanie zgod­nie z sumieniem rozumieją tak, że nikt nie może im nic powiedzieć, bo oni sami wiedzą lepiej, co zrobić. Ale w takiej samowoli nie ma prawdziwego sumienia, czyli rozważania tego, co słuszne. Jeżeli człowiek potrafi powiedzieć tylko, że to mi się podoba, a tamto jest dla mnie przykre, to jeszcze jego sumienie nie zaczęło dzia­łać, jeszcze jest uśpione. Człowiek, który kieruje się sumieniem, odróżnia prawdziwe dobro, kiedy mówi: — Mam wielką ochotę na to, bo wiele bym na tym zyskał, ale wiem, że powinienem zrobić co innego. Albo kiedy indziej powie: — Lękam się tego, bo to przykre dla mnie, ale wiem, że tylko to jest naprawdę słuszne. W ten sposób człowiek wyraża swoje poczucie moralne, czyli odróżnia to, co jest prawdziwie dobre od różnych skłonności i za­chcianek. Ta zdolność do odróżniania dobra i zła, którą nazywamy sumieniem, jest nam dana razem z ludzką naturą. Jest to właściwość duchowa odróżniająca nas od zwierząt.
Człowiek pozbawiony sumienia — to byłby czło­wiek chory psychicznie, człowiek nienormalny. Taka choroba może się zdarzyć, ale wtedy mamy do czynienia z psychopatią. Natomiast zdolność do rozróżniania dobra i zła — jak każda zdolność — może być rozwijana albo zaniedbywana. Może też być źle użyta. Dlatego każdy człowiek dla osiągnięcia dojrzałości duchowej musi swoje sumienie kształtować i wychowywać. W jaki sposób kształtuje się sumienie?
Przede wszystkim wychowanie sumienia wymaga troski o dobrą informację. Człowiek musi dobrze wie­dzieć, czy go ktoś nie oszukuje, sprawdzać, jak wyglądają sprawy, które ma oceniać. Pod tym względem jesteśmy bardzo często nieodpowiedzialni. Niejednokrotnie zda­rza się, że na podstawie zasłyszanej plotki albo jakiejś nie
sprawdzonej opinii — ktoś oburza się, wypowiada swoje zdecydowane oceny, nawet zaczyna interweniować. Osądza się sprawy nawet nie wiedząc dokładnie, o co chodzi.
Chrystus Pan w Ewangelii często powtarzał, że człowiekowi potrzebna jest wiara. A jednak wtedy, gdy mówił o nie sprawdzonych wieściach, które będą ludzi wprowadzać w błąd, powtórzył dwa razy: — „Jeśliby wam kto powiedział — nie wierzcie. Jeśli wam powiedzą to, czy tamto — nie wierzcie" (por. Mt 24,26).
Chrystus Pan mówił wtedy o swoim powtórnym przyjściu i przestrzegał przed słuchaniem plotek i nie sprawdzonych wieści. To ostrzeżenie jest bardzo aktualne także dzisiaj. Często wypowiadamy różne opi­nie i kłócimy się o różne racje — naprawdę nie wiedząc, jak sprawy wyglądają. Nie mówiąc już o takich wypad­kach, kiedy człowiek umyślnie unika informacji, po to żeby nie ustąpić ze swoich przesądów. Sławna stała się dyskusja w telewizji, w której zabierali głos ludzie wypo­wiadający się na temat życia dzieci nie narodzonych. Jedni byli za prawem do zabijania tych dzieci, inni bro­nili życia i godności poczętego człowieka. Aż jedna z dyskutantek, dowodząca słuszności aborcji, zawołała: — Mnie nie obchodzi, czy dziecko poczęte jest człowiekiem, czy nie, bo ja mam swoje zdanie. Jeżeli ktoś się w ten sposób wypowiada, to kompromituje się całkowicie. Jak można wypowiadać sądy w tak ważnej sprawie jak życie dziecka poczętego, jednocześnie oświadczając, że mnie nie obchodzi, czy mam do czynienia z człowiekiem, czy nie.
W takie niedorzeczności mogą się zapędzić ludzie, którzy w swoich opiniach nie chcą się kierować sumieniem, a tylko przesądami i emocjami.
Człowiek świadomie kształtujący swoje sumie
nie, dba o to, żeby dobrze rozpoznać sprawy, które ma osądzać. Stara się także, by dobrze poznać zasady moral­ne, obowiązujące w danej sprawie.
Człowiek, który chce kształtować swoje sumienie, musi dobrze poznać i przemyśleć Ewangelię, żeby jasno zdawać sobie sprawę z tego, czego uczy Chrystus: co nazywa grzechem, a co wskazuje jako dobro do wypeł­nienia. Przy tym nie wystarczy znać to wszystko teorety­cznie. Trzeba się jeszcze zastanawiać, jak należy postąpić w konkretnych sytuacjach.
Dlatego chrześcijanin, który troszczy się o dobre ukształtowanie swojego sumienia, stara się robić co­dziennie pogłębiony rachunek sumienia. Polega on na zastanowieniu się, czy to, co robiłem w ciągu dnia, było słuszne, czy niesłuszne. Przecież nieraz tak się zdarza, że w pośpiechu podejmujemy jakieś decyzje, załatwiamy ja­kieś sprawy, coś mówimy do ludzi, a to wszystko jest nie przemyślane. Dopiero później, wieczorem, w chwili spo­koju możemy się zastanowić, jak to wszystko było wyko­nane. I nieraz musimy sobie powiedzieć po chwili reflek­sji, że to jednak było niesłuszne. Człowiek musi się sam przed sobą przyznać: poniosły mnie nerwy. Albo stwier­dza: nie zadbałem o dobre rozeznanie sprawy i postąpi­łem nie tak, jak powinienem.
Dobrze jest zrobić codziennie taki rachunek su­mienia, który nie polega na liczeniu przewinień, na licze­niu, ile razy coś mi się nie udało. Dobry rachunek su­mienia polega na zastanowieniu się nad tym, co było słuszne, a co niesłuszne w moim postępowaniu. Jest to potrzebne każdemu człowiekowi.
Kiedyś, przed laty, odbywała się sesja, której przewodniczył ksiądz Prymas Wyszyński. Trzeba było rozstrzygnąć jakąś ważną sprawę. Po przedstawieniu zagadnienia wszyscy zwrócili się ku księdzu Prymasowi.
A on się wtedy zastanowił i powiedział tak: — Dla ufor­mowania mojego sumienia proszę, by wszyscy wypowie­dzieli się, co o tej sprawie myślą.
I zaczął uważnie słuchać, jakie opinie padają ze strony uczestników. To było coś pięknego. Arcybiskup, który ma zadecydować, nie chce czynić pochopnie: chce wysłuchać racji wszystkich, którzy mają coś do powie­dzenia. Oczywiście racje były różne, jedni mogli sądzić tak, drudzy inaczej. Ale ksiądz Prymas chciał wszyst­kiego wysłuchać — jak powiedział — dla uformowania swojego sumienia, to znaczy, żeby zdobyć dobre ro­zeznanie w tej sprawie, słuchając zdania innych. Dla uczestników spotkania była to piękna lekcja, jak tro­szczyć się o dobre działanie własnego sumienia, a zara­zem był to piękny przykład pokory. Gdy się porówna z taką postawą Prymasa Tysiąclecia zachowanie się wielu ludzi, którzy zabierają głos publicznie, kłócą się i wypo­wiadają swoje nie przemyślane opinie, gdy się posłucha tych pomówień i zarzutów, które tak często potem, po sprawdzeniu, okazują się niesłuszne — to budzi się prze­konanie, że potrzeba nam ogromnej pracy — i osobistej, i społecznej — nad kształtowaniem naszego sumienia. Żebyśmy umieli w życiu publicznym, a także w życiu rodzinnym, znajdować właściwe rozwiązania trudnych problemów.
Pomyślmy znowu o sakramencie Bierzmowania. Jest to znak działania Ducha Świętego, który wzywa i zobowiązuje człowieka do wielkiej troski o swoje sumie­nie. Człowiek bierzmowany jest po prostu zobowiązany do tego, żeby robić rachunek sumienia. Człowiek bierz­mowany jest zobowiązany do tego, żeby częściej medy­tować nad słowem Bożym, wysłuchiwać uważnie czyta­nej w kościele Ewangelii, samemu ją odczytywać — i tak kształtować swoje sumienie, by kierowało się dobrym
rozeznaniem chrześcijańskich zasad postępowania.
Jednakże nie wystarczy samo rozeznanie. Czło­wiek dojrzały — to taki człowiek, który potrafi to, co skutecznie rozeznał — konsekwentnie wprowadzić w czyn. I tutaj napotykamy na drugie zagadnienie związane z dojrzałością. Otóż chodzi o wyzwolenie od lęków i namiętnościj które nie pozwalają człowiekowi postępo­wać odpowiedzialnie. Wiemy zbyt dobrze, jak wielkim zagrożeniem dla roztropnego działania człowieka jest lęk. Tu nie chodzi tylko o zwykły strach przed jakimś niebezpieczeństwem. Chodzi o wewnętrzny lęk czło­wieka, bojącego się o swoją opinię albo o swoje przywi­leje. Chodzi o ten lęk, którym człowieka zaraził szatan po grzechu pierworodnym. Wtedy, kiedy diabeł namawiał pierwszych ludzi do nieposłuszeństwa Panu Bogu — budził w nich zuchwałość i śmiałość w sięganiu po to, co niedozwolone: — Zobaczycie, jak wam się to ryzyko opłaci — mówił diabeł ludziom w raju. Ale kiedy Pana Boga nie posłuchali — i popełnili grzech — natychmiast ich serca ogarnął paraliżujący lęk: żeby się ukryć, żeby się nie przyznać, żeby zwalić winę na drugiego. I w ten sposób na skutek grzechu człowiek stał się niewolnikiem własnych namiętności i własnych urojeń. W lęku czło­wiek zapomina o swojej godności, z powodu lęku może stać się zbrodniarzem, może się zachowywać jak barba­rzyńca, może dopuścić się zdrady. Szaleństwo lęku opa­nowuje narody, które boją się zagrożenia i z nienawiścią rzucają się na inne narody, by je wymordować. Wydawa­łoby się, że do walki potrzeba wiele odwagi. Ale to nie­prawda. Nienawiść, która popycha ludzi do wzajemnego niszczenia się, płynie nie z odwagi, ale z lęku. Z lęku przed wymyślonymi niebezpieczeństwami człowiek go­tów jest krzywdzić bezbronnego, zabić niewinnego, po­pełnić każde przestępstwo. Traci on rozum, gdy ulegnie
temu wewnętrznemu lękowi — wynikającemu z grzechu.
Pod tym względem bardzo jest nam potrzebna łaska Bierzmowania, która przynosi chrześcijańskie umocnienie w walce przeciwko lękowi. Łaska Ducha Świętego dodaje chrześcijańskiej odwagi: w cierpieniu, w pokusie, w zagrożeniu. Ten spokój wewnętrzny, wolność od lęku, jest sprawdzianem chrześcijańskiej dojrzałości.
Trzeba tu wspomnieć naszego współbrata — kap­łana, który jeszcze niedawno pielgrzymował z nami na Jasną Górę, a potem pozostawał w łączności przez mod­litwę i cierpienie. W dniu dwudziestym sierpnia 1991 roku zmarł ksiądz Edward Wachowicz, wieloletni prze­wodnik grupy dwunastej. Ostatnie lata jego życia, nazna­czone wielkim cierpieniem, stanowią dla wszystkich, któ­rzy go znali, piękny przykład chrześcijańskiej dojrzałości. Księdza Edwarda znaliśmy na pielgrzymce jako ofiar­nego duszpasterza i przewodnika, który się nigdy nie zniechęcał. Zawsze radosny, optymistycznie patrzący na trudne sprawy, nie żałujący sił, żeby pątnikom służyć w drodze.
Po wielu latach pracy w różnych parafiach jako wikariusz został proboszczem w Zielonej koło Warszawy. Zaczął w tej parafii budowę kościoła. Podjęta praca wyczerpywała jego fizyczne siły. Pracował przy budowie razem z robotnikami. Co roku wędrował pieszo na Jasną Górę i nikt nie podejrzewał, że jest on coraz słabszy. Pierwszy wylew krwi do mózgu przed kilkoma laty osła­bił jego sprawność fizyczną, a jednak ksiądz Edward nie chciał się poddać. Z właściwym sobie optymizmem prze­konywał siebie i innych, że powraca do sił. Przecież mimo orzebytego wylewu wziął znowu udział w pielgrzymce do Częstochowy i jeszcze raz przyszedł na Jasną Górę, cho­ciaż już nie mógł podejmować wszystkich trudów drogi. Skutek był taki, że wylew się powtórzył. Przyszła utrata
mowy i paraliż jednej strony ciała, który prawie uniemoż­liwiał mu chodzenie. Człowiek czterdziestokilkuletni został kompletnym inwalidą. Ksiądz Edward bardzo przeżywał zwłaszcza to, że nie mógł mówić. Chociaż wszystko słyszał i rozumiał — w odpowiedzi był w stanie wymówić tylko kilka słów, które mechanicznie powta­rzał. A jest coś uderzającego, że były to słowa: — „Nie potrzeba! Nie potrzeba! Tak! Tak!". Wyrażała się w nich w jakiś sposób jego pełna ofiarności postawa nieżądania niczego dla siebie, zgadzania się ze wszystkimi. Był czło­wiekiem wprowadzającym wokół siebie pokój i zgodę. Odwiedzaliśmy go w seminarium duchownym na Biela­nach, gdzie pod opieką kleryków spędził ostatni okres swojego życia. Chodziło nie tylko o to, żeby młodzi kandydaci do kapłaństwa mogli zaopiekować się star­szym, chorującym kapłanem, ale także o jego oddziały­wanie, oddziaływanie osobowością, spokojem i cierpli­wością. On ich budował swoim wewnętrznym oddaniem się Bogu.
Ksiądz Edward w czasie ostatniej choroby dał dowód wspaniałej chrześcijańskiej dojrzałości. Przeży­wał chwile załamania, nawet płakał, widząc swój stan, swoją niemożność działania. Ale jakże często widzieliśmy go uśmiechniętego, gramolącego się na kulach, cierpliwie i odważnie pokonującego niewielkie odległości korytarza, czy wędrującego do kaplicy, żeby tam przy ołtarzu uczestniczyć we Mszy świętej, chociaż już nie mógł jej słowami powtórzyć. Dojrzałość księdza Edwarda ujaw­niła się w cierpliwości — z jaką znosił dzień po dniu swoje udręczenie, swój bezwład, swoją zależność we wszystkich czynnościach od dobrej woli otoczenia. Zda­rzało się, że jakiś atak bólu wymagał podania lekarstwa. On wiedział, jakie lekarstwo mu potrzebne, ale nie umiał tego powiedzieć. Jeżeli więc zdarzyło się, że był przy nim
ktoś, kto nie orientował się dobrze w jego lekach — był wtedy bezdradny. A ksiądz Edward wśród cierpień powtarzał: — „Tak! Tak!" — nie umiejąc wyrazić tego, czego potrzebował. A jednak w takich chwilach nie tra­cił cierpliwości i spokoju, nie denerwował się. Przyjmo­wał z wdzięcznością każdy gest życzliwej pomocy.
Trzeba to powtórzyć raz jeszcze: choroba księdza Edwarda stała się okazją do ujawnienia jego wewnętrznej dojrzałości. Człowiek dojrzały — to ten, który umie przy­jąć rzeczywistość taką, jaka ona jest — z całym spokojem. Człowiek dojrzały nie pozwala sobie na grymasy i narze­kania. Człowiek dojrzały przyjmuje życzliwość i pomoc, podobnie jak cierpienie i przykrość, ze spokojem, zdając sobie sprawę z tego, że życie składa się ze spraw miłych i mniej przyjemnych, a także bardzo bolesnych. Człowiek dojrzały z ufnością w Bogu umie spokojnie podjąć każde zadanie, jakie życie przed nim stawia — czy to będzie obowiązek pracy, czy to będzie trud cierpienia, czy jakieś
upokorzenie.
W ostatnich tygodniach życia ksiądz Edward poczuł się lepiej, mógł się poruszać troszkę sprawniej, jednakże lekarze ostrzegali, że to jest nowe zagrożenie, bo po takim okresie aktywności z reguły następuje nowy wylew — tym razem już śmiertelny. I tak się stało. Ostat­nią sierpniową pielgrzymkę, w której brał udział Ojciec Święty — ksiądz Edward mógł jeszcze przeżyć przy radioodbiorniku i telewizorze, unieruchomiony jak zwy­kle w swoim pokoiku w seminarium. Zmarł w kilka dni po tej pielgrzymce.
Pamiętajmy o nim w naszych modlitwach.