środa, 23 czerwca 2010

Katecheza 10 - Przez Bierzmowanie Duch Święty kształtuje w nas nowego człowieka

2. Przez Bierzmowanie
Duch Święty kształtuje w nas
nowego człowieka
Chrzest, który otrzymujemy na początku naszego życia, nazywamy nowym narodzeniem. Rzeczywiście stajemy się wtedy nowymi ludźmi — dziećmi Boga. Zaczynamy żyć życiem Bożym. Ale wiemy też z doświadczenia, ile czasu trzeba, żeby z nowo narodzo­nego dziecka ukształtować człowieka dojrzałego. Zanim dziecko stanie się samodzielne, trzeba wiele trudu wychowawczego, wiele starań. I tego rozwoju nie można przyśpieszyć. Każdy wzrost musi się dokonywać w swoim czasie.
Wiadomo, że sztuczne przyśpieszanie hodowli daje rezultaty tylko pozorne. Znamy z doświadczenia te owoce sztucznie pobudzane do wzrastania, które wyglą­dają okazale, ale są bez smaku i bez wartości odżywczej. Każdy rolnik dobrze wie, że jeżeli chce się doczekać plonów, to nie może wyciągać na siłę z ziemi kiełkujących nasion, wszystko wymaga właściwego czasu.
Pan Bóg nie jest skrępowany czasem, Bóg żyje w wieczności. W Bogu nie ma oczekiwania ani braków, które trzeba stopniowo wypełniać. Bóg jest wieczną peł­nią bytu i wiecznym dawaniem dobra. Ale kiedy Chry­stus — Syn Boży — stał się człowiekiem, wtedy wszedł w wymiar czasu, zaczął żyć podobnie jak ludzie na ziemi. Był dzieckiem i dorastał do wieku dojrzałego. Trzy­dzieści lat prowadził życie ukryte w Nazarecie, zanim zaczął nauczać i czynić cuda. Chrystus Pan zna dobrze tajemnicę czasu, w którym dokonuje się los człowieka. Dlatego i nas prowadzi cierpliwie przez różne wydarze­nia, przez kolejne etapy naszego życia. My często nie­cierpliwimy się, oczekując na rezultaty naszych starań. Bóg jednak ma swoje plany i kto zaufał Bogu, ten wie, że na wszystko trzeba poczekać, że każda rzecz dopełni się w swoim czasie.
Nasz rozwój w życiu nadprzyrodzonym, w tym życiu, które rozpoczyna się Chrztem, także dokonuje się w czasie. Także musi mieć swoje etapy. I to, że sakrament Bierzmowania jest oddzielony pewnym czasem od sak­ramentu Chrztu, to także jest znakiem stopniowego roz­woju, jaki się w człowieku dokonuje.
Wprawdzie w Kościele wschodnim takie oddzie­lenie nie nastąpiło, ponieważ zawsze był on bardzo skru­pulatny w dokładnym przestrzeganiu tradycji. A zatem i w tej sprawie pozostał przy dawnym zwyczaju, że po Chrzcie od razu udziela się Bierzmowania. W Kościele wschodnim, to znaczy i w Kościele prawosławnym — oddzielonym  od  Rzymu     i   w   Kościele  grecko­katolickim — uznającym papieża — obowiązuje prawo, że kapłan udzielający Chrztu ma również władzę udzielić sakramentu Bierzmowania. Musi mieć do tego święte krzyżmo, czyli oliwę poświęconą przez biskupa — i w jego imieniu udziela daru Ducha Świętego temu dziecku, które ochrzcił. Dlatego ochrzczony w Kościele prawo­sławnym i greckokatolickim potem już do Bierzmowania nie przystępuje. Jest zawsze bierzmowany przy Chrzcie. Kościół rzymskokatolicki wprowadził jednak w ciągu wieków oddzielenie tego drugiego sakramentu. Chodziło o to, żeby nie tylko udzielić człowiekowi daru łaski, ale żeby miał on również czas zastanowić się i przy­gotować do współdziałania z tą łaską.

Kiedy sakrament Chrztu przyjmuje człowiek dorosły, a więc taki, który przedtem odbył przygotowa­nie katechizmowe, to wtedy oczywiście przy Chrzcie można również udzielić sakramentu Bierzmowania. Wówczas kapłan, który udziela sakramentu Chrztu dorosłemu, ma prawo w imieniu biskupa od razu go bierzmować.
A jednak i wtedy zdarza się, że człowiek przyjmu­jący Chrzest woli Bierzmowania nie przyjmować od razu. Z własnej chęci decyduje się na odczekanie, żeby wszystko przemyśleć, żeby się na nowo przygotować przez medytację i modlitwę. Chce ten dar Ducha Świę­tego przyjąć bardziej świadomie. I to ma duże znaczenie, bo każdy sakrament jest przecież wezwaniem skierowa­nym do człowieka, żeby odpowiedział na łaskę Bożą zastanowieniem się nad sobą i dobrym wypełnieniem podjętego obowiązku.
Kiedy właściwie sakrament Bierzmowania powi­nien być udzielony? To zależy od przyjętych zwyczajów. W niektórych krajach na Zachodzie jest taki zwyczaj, że Bierzmowania udziela się dziecku wtedy, kiedy rozpo­czyna ono naukę religii, kiedy się przygotowuje do pier­wszej Komunii świętej. Chodzi o to, żeby z pomocą Ducha Świętego dziecko przygotowało się do godnego przyjęcia Chrystusa w Eucharystii.
W Polsce została ustalona zasada, że Bierzmowa­nie przyjmuje się w okresie dojrzewania. Po odbyciu podstawowej nauki religii dorastający człowiek może już powiedzieć, że rozumie, w co wierzy, że już wie, jak ma religię w życiu praktykować. Zwykle przyjmuje się Bierzmowanie w ostatniej klasie szkoły podstawowej albo na początku nauki religii w szkole średniej. Jest to odpo­wiedni moment, żeby młodzież świadomie przystąpiła do tego sakramentu.

Ten zwyczaj powinien nam przypominać, że jesteśmy odpowiedzialni za czas, który jest nam dany. Nasze życie jest ograniczone w czasie. Czy człowiek żyje więcej, czy mniej lat, każde życie ma swój kres. I ten czas niepowtarzalny, dany człowiekowi raz jeden, czas życia na ziemi, mamy wykorzystać na poznanie tajemnicy Boga i danie odpowiedzi na Jego wezwanie. Mamy od­powiedzieć wiarą i miłością, to znaczy przede wszystkim posłuszeństwem. W ten sposób mamy dojść do spotkania z Bogiem i do zjednoczenia z Nim na wieki. Takie jest na­sze przeznaczenie, które ma się dokonać w czasie życia na ziemi.
Mówimy o przeznaczeniu, ale trzeba to dobrze zrozumieć. To nie jest takie przeznaczenie, które wypeł­nia się automatycznie. Bóg daje nam wolną wolę — chce uszanować nasze decyzje. Więc nasze przeznaczenie staje się naszym powołaniem. To znaczy: jesteśmy przezna­czeni na to, żeby poznać Boga i z Nim się zjednoczyć, w pełni miłości, którą On nas obdarza, ale w jakiej mierze to się spełni — zależy od naszej współpracy. Bo po­trzebna jest współpraca, aby dokonało się w nas ukształ­towanie nowego człowieka.
Dlaczego mówimy tutaj o nowym człowieku? Dlatego że my wszyscy jesteśmy wprawdzie dziełem Bożym, ale popsutym przez grzech. Jest w nas dobro pochodzące od Boga, stworzone przez Boga: mamy zdol­ność do myślenia, poczucie sprawiedliwości, gotowość do kochania. Ale jednocześnie na skutek grzechu pierwo­rodnego jest w nas zaszczepiony egoizm. I takiego właś­nie człowieka święty Paweł nazywa „dawnym człowie­kiem" (por. Rz 6,6). Dawny człowiek — to człowiek zniekształcony przez grzech pierworodny, kierujący się w życiu egoizmem, nastawiony przede wszystkim na łat­wiznę i przyjemności. Nawet kiedy próbuje walczyć o sprawiedliwość, widzi tylko to, co się jemu należy, a zapomina o tym, co sam jest winien innym. Nawet kiedy chce kochać, nie umie — bo wciąż myśli o sobie, a nie wyczuwa tego, co jest potrzebne drugiemu.
W każdym z nas tkwi dawny człowek, który bywa bardzo zachłanny na dobra materialne, który nie może znieść tego, że ktoś inny zdobył coś, czego on nie posiada. Zazdrości i kłóci się o to, żeby mieć więcej, gotów nawet oszukiwać i zabierać drugiemu.
W każdym z nas tkwi dawny człowiek, który bar­dzo nie lubi, kiedy mu się zwraca uwagę. Jest drażliwy, chciałby mieć zawsze rację, wciąż powoduje konflikty, bo nie lubi ustępować komukolwiek. A przy tym wciąż chciałby uchodzić za lepszego, niż jest w rzeczywistości, więc udaje dobrego przynajmniej na zewnątrz — i żyje w nieprawdzie.
Ten dawny człowiek, ukryty w każdym z nas, jest żałosnym wypełnieniem szatańskiej obietnicy w raju: „będziecie jako bogowie". Rzeczywiście, tak, jak Pan Bóg stworzył świat, w którym „wszystko było bardzo dobre" (por. Rdz 1,31), tak i ten „dawny człowiek" w nas tworzy swój świat, ale jest to świat grzechu, zawiści i niezgody, świat konfliktów, udręki i nieustępliwego egoizmu.
Może wystarczy tego rozważania o dawnym człowieku, bo to temat gorzki i przygnębiający. Jednakże trzeba również i takie przykre sprawy przypomnieć, bo ten „dawny człowiek" — to są nasze własne czyny, skłonności i przyzwyczajenia. W innych ludziach nas one drażnią, ale trzeba je zobaczyć w sobie samym, żeby zrozumieć, jak bardzo ja sam potrzebuję pokuty.
To się zdarzyło — jak pamiętamy — królowi Dawidowi, którego zaślepiło namiętne pożądanie pięknej Batszeby. Aby ją wziąć za żonę — wysłał jej męża Uria-sza na wojnę i postarał się, żeby Uriasz zginął z ręki wroga. W tym momencie zdawało się królowi, że jako władca może tak wykorzystać swoją władzę, bo wszyscy muszą go słuchać.
Ale Bóg wezwał proroka Katana, by skarcił Dawida. Prorok powiedział wtedy królowi, że w Jerozo­limie zdarzył się przykry wypadek. Pewien zamożny człowiek, mający liczne stada owiec, chciał wyprawić ucztę. Ale nie wziął zwierząt ze swojej trzody, tylko zabrał jedyną owieczkę biednemu sąsiadowi, dla którego była ona najcenniejszym skarbem.
Dawid oburzony zawołał, że ten krzywdziciel za­sługuje na surową karę. Wtedy prorok oświadczył: Ty jesteś tym krzywdzicielem. I gorzej jeszcze, bo masz na sumieniu zabójstwo człowieka! Dopiero wtedy Dawid uświadomił sobie, że przez nadużywanie swojej władzy popełnił zbrodnię — i że musi pokutować (por. 2 Sm l In).
Prawdziwa pokuta, a więc naprawianie krzywdy wyrządzonej przez grzech — to jest ogromna praca, to wielki trud, który może nieraz przekraczać ludzkie siły. Dlatego przy każdej spowiedzi kapłan powtarza, że Bóg Ojciec „zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grze­chów". Odpuszczenie grzechów to nie jest tylko danie rozgrzeszenia — i zapukanie w kofesjonał oznaczające, że możesz odejść już oczyszczony z przewinień. Odpuszczenie grzechów człowiekowi oznacza wydoby­wanie go z tego egoizmu, który go wciąż opanowuje, z tej zachłanności i nieprawdy, z nienawiści, z drażliwości, pychy i lenistwa. To może się dokonać tylko Boską mocą Ducha Świętego.
Tutaj trzeba zwrócić uwagę na bardzo ważny szczegół, o którym zwykle się nie pamięta. Otóż wiemy z Dziejów Apostolskich, że Zesłanie Ducha Świętego odbyło się w niedzielę Pięćdziesiątnicy. Było to siedem tygodni po Zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a dziesiątego dnia po Jego Wniebowstąpieniu. Ale to nie było pierwsze Zesłanie Ducha Świętego! Pierwsze — chociaż nie takie głośne, ale również ważne — odbyło się zaraz w dniu Zmartwychwstania. Wtedy też była niedziela. Pisze o tym święty Jan Ewangelista: „Było to wieczorem owego dnia, pierwszego dnia tygodnia" (por. J 20,19). Do apostołów zgromadzonych w Wieczerniku przy­szedł Pan Jezus. Pokazał im przebite ręce i bok — na dowód, że jest naprawdę tym samym Jezusem, który został zabity — i że naprawdę żyje. I wtedy rzekł do nich: „Jak Ojciec mnie posłał, tak i ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane" (J 20,21—23).
To było pierwsze Zesłanie Ducha Świętego, które odbyło się w niedzielę Zmartwychwstania wieczorem. Nikt o nim nie wiedział poza apostołami, ale już wtedy została im dana moc Ducha Świętego, dzięki której mieli odtąd przekazywać innym ludziom dar uwolnienia od grzechu, dar wewnętrznej przemiany starego człowieka w nowego.
Potem, po czterdziestu dniach Pan Jezus ich pożegnał, wstąpił do nieba, oni musieli modlić się i cze­kać przez dziewięć dni w Wieczerniku, aż nastąpiło dru­gie Zesłanie Ducha Świętego. To drugie było ogłoszone wszystkim ludziom w Jerozolimie. Odbyło się w wielkiej wspaniałości, w szumie wichru i blasku ognia — i stało się początkiem zewnętrznej działalności apostołów, polega­jącej na głoszeniu Słowa Bożego.
Otóż te dwa zesłania Ducha Świętego mają swoje znaczenie w życiu Kościoła. Mówią o tym, że nie wystar­czy tylko zewnętrzne, publiczne głoszenie Ewangelii, wzywanie do wiary i do nawrócenia. Trzeba, aby Duch Święty swoją wewnętrzną mocą sięgał do ludzkich serc, wydobywał z nich to, co jest fałszem, co jest grzechem, co się sprzeciwia Bogu — i w ten sposób człowieka przemie­niał. Tej przemiany nie da się osiągnąć zewnętrznymi nakazami ani przemocą. Odrzucenie dawnego człowieka i tworzenie nowego — dokonuje się przez wyrzeczenie się siebie, cierpliwość i wytrwałość w dawaniu dobra.
We wspomnieniach włoskiego misjonarza pracu­jącego na Dalekim Wschodzie można przeczytać o jego doświadczeniach z Tajlandii (por. W drodze 1992, nr 1). Kiedy poznał tamtejszych wieśniaków, wyznawców Buddy, przekonał się, że żyją w nędzy, wykorzystywani przez bogatych właścicieli ziemi, chorują na trąd — i niszczą samych siebie przez alkoholizm, życie roz­pustne i marnotrawstwo. Religia, którą wyznają, nie ma żadnego wpływu na ich praktyczne postępowanie. Ojciec Adriano Pelosin postanowił im pomóc, zaczynając od spraw materialnych. Nawet nie próbował ich nawracać na chrześcijaństwo, wiedząc, że ta religia jest dla nich obca i niezrozumiała. Zaczął więc od zorganizowania po­mocy od zagranicznych ofiarodawców. Dostarczał na­rzędzi rolniczych, ziarna na zasiew, sprowadzał lekarstwa i wysyłał chorych do szpitala. Próbował też nauczyć ich uczciwości, żeby się nawzajem nie krzywdzili — i lepszej organizacji pracy. Przyjmowali to chętnie, ale po roku pracy przekonał się, że oszukują go na każdym kroku i śmieją się z jego naiwności. Uważali go za łatwowierne­go Europejczyka, którego zawsze można naciągnąć na ja­kąś pomoc, a sami dalej przepijali to, co uzyskali, okra­dając siebie nawzajem. Nawet ci nieliczni, którzy przyjęli Chrzest, postępowali podobnie, wyłudzając od niego nowe dary.
Misjonarz mimo to pracował dalej. Dyskutował z nimi, ganiać ich nieuczciwość, czasem na nich krzyczał, ale pomocy nie odmawiał. Najbardziej ich dziwiło, że tak się troszczy o chorych. Nawet trędowatych zaczął przy­jmować do swego domu. Jeden z młodych chrześcijan, bardziej szczerze nawrócony, zdecydował się pomagać mu w ich pielęgnowaniu. Ta działalność trwała kilka lat. Tyle czasu było trzeba, by biedni, ciemni wieśniacy zaczęli dostrzegać nowe zasady życia. Zaczęli mówić między sobą z podziwem: TO JEST PRAWDZIWE MIŁOSIERDZIE.
Rzecz polega na tym, że w religii buddyjskiej dużo mówi się o miłosierdziu, bardzo się je chwali, ale teoretycznie. Nie są tam znane sposoby praktykowania prawdziwego miłosierdzia, czyli zatroszczenia się o czło­wieka. Jest zwyczaj dawania jałmużny, bo to się liczy jako zasługa wobec bóstwa, ale z zupełną obojętnością w sto­sunku do cierpiących lub potrzebujących pomocy. Powtarzane przez ludzi stwierdzenie: To jest prawdziwe miłosierdzie — oznaczało, że po raz pierwszy zobaczyli w rzeczywistości to, co słyszeli tylko teoretycznie i być może czasem tęsknili do czegoś takiego: do poszanowania człowieka.
I oto stało się tak, że po dziesięciu latach przycho­dzili po kolei, najpierw chrześcijanie, potem kandydaci do Chrztu, i przyznawali: Ojcze, oszukiwaliśmy ciebie, ale to było brzydkie. Więcej już nie będziemy. ZRO­ZUMIELIŚMY, ŻE NAS NAPRAWDĘ KOCHASZ.
I wtedy ci ludzie stali się dzielni i odważni — pisze misjonarz. Gdy zaczęły się po jakimś czasie represje i dokuczliwe ograniczenia w stosunku do chrześcijan, oni dzielnie to znosili, gotowi cierpieć za swoją wiarę.
Trzeba było tyle czasu, żeby dokonała się taka przemiana. Trzeba było nie tylko czasu, ale ofiarnej pracy misjonarza, jego wyrzeczeń i cierpliwości, żeby w sercach tych biednych ludzi zginął dawny człowiek, tchórzliwy, fałszywy i zachłanny; żeby uformował się w nich nowy człowiek, dojrzały chrześcijanin. Duch Święty przychodzący w sakramencie Bierzmowania udziela każdemu z nas Bożej mocy do podjęcia takiego trudu.

wtorek, 1 czerwca 2010

Katecheza 9 - W sakramencie Bierzmowania poznajemy Ducha Świętego

1. W sakramencie Bierzmowania poznajemy Ducha Świętego
„Przyjmij znamię daru Ducha Świętego" — mówi biskup, udzielając sakramentu Bierzmowania. Trzecia Osoba Trójcy Świętej, Duch Święty, ogarnia nas wtedy swoją obecnością i przenika swoją mocą, chociaż Go nie widzimy. Duch Święty nigdy nie wcielił się tak jak Syn Boży, aby się ukazać w postaci człowieka. Pozostaje zawsze ukryty i niewidzialny, a przecież Jego działanie w naszym życiu jest ogromne, decydujące. Trzeba, żebyśmy o Nim wiedzieli coś więcej.
Ale jak można poznać kogoś niewidzialnego, kogoś, kto się nie odzywa do nas słyszalnym głosem, jak Chrystus przemawiający w Ewangelii? Jezus Chrystus przez swoje Wcielenie stał się dla nas bliski i poznawalny. „Boga nikt nigdy nie widział — pisze święty Jan Ewange­lista — ale Jednorodzony Syn, który jest w łonie Ojca, On nam oznajmił" (por. J 1,18). W Chrystusie Bóg stał się człowiekiem. Niewidzialny Bóg w Osobie Syna przyjął ludzkie ciało, żeby stać się dla nas widzialnym.
Patrząc na Chrystusa, apostołowie mogli zoba­czyć Boga. A jednak nawet wtedy, spotykając się z Bogiem wcielonym, nie wystarczyło zobaczyć Go tylko oczyma ciała. Także przy spotkaniu z Chrystusem naj­ważniejsze było to, co niewidzialne. Może najlepiej można to zauważyć w Chrystusowych cudach. Były one przecież dostępne ludzkiemu poznaniu. Trędowaci zo­stawali oczyszczeni, sparaliżowani zaczynali chodzić,  niewidomi odzyskiwali wzrok, nawet umarłych wskrze­szał Chrystus ponownie do życia ziemskiego. Te wyda­rzenia budziły wielką ciekawość, nawet sensację. Ludzie schodzili się tłumnie, chcąc skorzystać z nadzwyczajnego daru, jaki miał Chrystus, z daru uzdrawiania. Ale czy wszyscy rozumieli, co za tymi cudami się kryje? Czy zainteresowali się tym, co Chrystus chciał oznajmić, oczyszczając trędowatych z wrzodów albo wskrzeszając umarłych? Przecież Jemu nie chodziło tylko o ułatwienie i przedłużenie na kilka lat ziemskiego życia. Pan Jezus przynosił inne, niewidzialne dary, które miały być dla człowieka decydującym ocaleniem, wybawieniem, pełnią życia i radości, ale czy świadkowie cudów interesowali się tymi darami? Czy zapytywali Go o nowe życie? Okazuje się, że wielu odchodziło nasyconych wrażeniami i nawet nie zadawało sobie trudu, żeby pomyśleć, co to wszystko znaczy. A właśnie to, co niewidzialne, jest najważniejsze: to, co daje się poznać tylko przez zastanowienie się i wniknięcie myślą i wiarą w wydarzenia zewnętrzne.
Przypomnijmy, co podają Ewangelie o Przemie­nieniu Pana Jezusa. Apostołowie, którzy znali swego Mistrza na co dzień, byli zachwyceni wspaniałością chwały, w jakiej Go zobaczyli. Ten na co dzień zwyczajny człowiek objawił się im jaśniejący. Było to dla nich coś fascynującego, chcieli tam pozostać, poczuli się ponad miarę szczęśliwi w obecności Chrystusa, który ukazał im swoją wewnętrzną tajemnicę ukrytego Bóstwa. Ale Przemienienie szybko się skończyło. Jezus potem zaczął im tłumaczyć, że chwałę zmartwychwstania można osiągnąć wtedy, kiedy wypełni się wiernie trudy życia, cierpienia i śmierci. To jednakże było dla nich trudne do pojęcia. Jak mogli zrozumieć tę tajemnicę? Otóż Pan Jezus powtarzał nieraz, że poznanie tajemnicy niewi­dzialnej możliwe jest tylko wtedy, gdy nastąpi wewnętrzna przemiana człowieka. Potrzebne jest przemie­nienie serca. Potrzebne jest nawrócenie.
W jaki sposób może nastąpić nawrócenie? Jezus mówił po prostu: „Nikt nie może przyjść do mnie, jeżeli mój Ojciec go nie pociągnie" (por. J 6,44). A Świętemu Piotrowi, który w przebłysku oświecenia rozpoznał w Nim Boga i zawołał: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży!" — Pan Jezus odpowiedział: „Jesteś błogosławiony, bo nie swoimi cielesnymi oczami dojrzałeś tę tajemnicę, to mój Ojciec ci ją objawił" (por. Mt 16,6n).
Nawrócenie człowieka to skutek niewidzialnej łaski, to jest właśnie działanie Ducha Świętego, którego Ojciec posyła do naszych serc, aby nas wewnętrznie pouczył.
Przed laty, jeszcze przed pierwszą wojną świa­tową, znany pisarz holenderski, Pierre Van Der Meer, stanął na rozdrożu. Z jednej strony kusiło go życie pełne wrażeń i przyjemności, a z drugiej strony jakiś głos we­wnętrzny mówił mu, że to wszystko jest bez sensu, że życie ludzkie musi mieć cel głębszy niż tylko używanie przy­jemności z dnia na dzień. Początkowo nie umiał się zwró­cić wprost do Kościoła, bo modne wtedy publikacje gło­siły, że Kościół jest instytucją wsteczną, zacofaną, przebrzmiałą, że nie ma nic do powiedzenia w dwudzie­stym wieku. Wyśmiewano klerykalizm, wyśmiewano pobożność. Ale Pierre Van Der Meer, poszukując roz­wiązania swoich problemów, ośmielił się wreszcie zajrzeć do jednego z klasztorów. I tam zaintrygował go widok mężczyzn w habitach, starych i młodych, którzy wstawali wczesnym rankiem, jeszcze w ciemnościach nocy, i dłu­go, długo się modlili. Co oni robią? — zastanawiał się pisarz. Odpowiedź oficjalna, głoszona przez prasę, była bardzo prosta: To jest średniowieczne dziwactwo. Ale myślącemu człowiekowi nie wystarczyły takie powierzchowne, lekceważące opinie. Pisarz zaczął się za­stanawiać: ku czemu oni dążą? Co to znaczy, że człowiek całymi latami, we dnie i w nocy, wysiłkiem pracy i sku­pienia czegoś poszukuje. Przecież nie szuka w pustce. Przecież znajduje pokój i mądrość, i radość duchową. Przecież zwraca się ku czemuś, co istnieje. I tak, po­przez widzialne znaki modlitwy podejmowanej przez zakonników, Van Der Meer zaczął dostrzegać tajemni­cę Boga.
Później miał okazję w Rzymie uczestniczyć w uro­czystej Mszy świętej odprawianej przez papieża. I znowu zadał sobie to pytanie: — No dobrze, widzę obrzędy, tłum ludzi, słyszę śpiewy, ale przecież coś to wszystko znaczy; jaka tajemnica ukryta jest za tą widzialną rze­czywistością? I tak krok po kroku, rozmyślając i zasta­nawiając się, dostrzegł płytkość tych odpowiedzi, które lekceważąco mówiły o religii. Dostrzegł, że tutaj jest dro­gowskaz do tajemnicy ludzkiego przeznaczenia, że tutaj, właśnie w Kościele, poprzez znaki widzialne można roz­poznać niewidzialnego Boga. I zaczęła się droga jego nawrócenia. Dopiero wtedy, jako człowiek dorosły, przy­jął Chrzest. Razem z żoną zaczęli prowadzić życie pogłę­bionej modlitwy. Ich jedyny syn został kapłanem. Po­tem, po latach, gdy zmarła jego żona, a także gdy przeżył śmierć syna, jako stary już człowiek zgłosił się do klaszto­ru, do tego samego, w którym kiedyś po raz pierwszy oglądał modlących się zakonników, aby już do śmierci im towarzyszyć. Aby tam, w skupieniu, szukać ostatecznej odpowiedzi na pytanie o sens życia.
Ale nie tylko przed laty, bo także i obecnie do­strzegamy wewnętrzne działania Boga, który pociąga ludzi, aby poznali Jego tajemnicę.
Niedawno zjawił się w Warszawie człowiek z dalekiego miasta na Syberii, pracownik naukowy, który przybył tu nie w interesach i nie w związku ze swoją pracą. Przybył po to, żeby studiować katechizm. Całe godziny spędzał na rozmowie z mądrą zakonnicą, prowa­dzącą katechizację, żeby poznać prawdę Ewangelii. „Siostro — mówił — tam, gdzie ja muszę wracać, w promieniu setek kilometrów nie ma żadnego kapłana i żadnej świątyni. Tam nie ma ani katolickiego, ani prawosławnego duchownego. A ja poznałem Chrystusa, przyjąłem Chrzest — i chcę się dzielić tym bogactwem, które poznałem, z moimi braćmi. A do tego muszę się dobrze przygotować. Proszę mi wytłumaczyć: i tę sprawę, i tamto zagadnienie, i ten sakrament — ja to wszystko muszę dokładnie wiedzieć, bo później będą mnie pytali, żebym mógł innym wyjaśnić, na czym polega religia, jaka jest prawda o Bogu i jakie są jej zastosowania w życiu".
Taką gorliwością napełnia Duch Święty ludzi, którym objawia tajemnicę Boga niewidzialnego.
Duch Święty, którego otrzymujemy w sakramen­cie Bierzmowania, jest Osobą Boską. Bóg objawia się w Osobie Ojca wtedy, gdy stwarza świat i okazuje dobroć ludziom, których obdarza życiem. Bóg objawia się w Osobie Syna, gdy jednoczy się z nami przez Wcielenie i chce nam dać udział w swoimi dziedzictwie, w życiu wiecznym. I Bóg objawia się w osobie Ducha Świętego wtedy, gdy działa w naszych sercach, działa w sposób niewidzialny.
Okazuje się, że z tych trzech Osób najtrudniej jest nam poznać Ducha Świętego. Najmniej o Nim wiemy. Podczas gdy Boga Ojca, jako Stworzyciela, poznajemy pośrednio poprzez Jego dzieła, a Syna Bożego mogli ludzie zobaczyć, ponieważ stał się człowiekiem, to Ducha Świętego nie widać, chociaż jest On bliski człowiekowi i daje znać o sobie, bo działa wewnątrz człowieka, w jego umyśle i w jego sercu. Otóż Osobę Ducha Świętego rozpoznajemy najwyraźniej w głosie naszego sumienia, kiedy w głębi serca zjawia się przekonanie, że coś jest dobre i słuszne, że to powinienem uczynić, a coś innego złe i niegodne — i tego czynić nie wolno.
Można stąd wnioskować, że ci, którzy przywią­zują wagę tylko do rzeczy zewnętrznych, którzy są prze­jęci wartościami cielesnymi i materialnymi, którym zależy tylko na tym, co widać na zewnątrz, Ducha Świę­tego nie mogą rozpoznać i nie wiedzą, kim On jest.
Żeby poznać Boską Osobę Ducha Świętego, trzeba wniknąć w swoje serce, słuchać sumienia, zastanowić się nad tym, co jest niewidzialne, a jednakże — jak mówi święty Paweł — „trwa wiecznie" (2 Kor 4,18).
Apostołowie pierwsi doświadczyli wewnętrznego działania Ducha Świętego i poznali, jak ono jest skute­czne. Przebywali przedtem z Chrystusem przez dłuższy czas, widzieli Go i oglądali Jego cuda, mogli zastanawiać się nad Jego słowami. Poznawali tajemnicę Boga przez Osobę Syna, który stał się człowiekiem. A przecież, kiedy przyszła próba wiary — przestraszyli się Jego śmierci. Uciekli przerażeni, nie rozumiejąc, co się dzieje, mimo że Chrystus mówił im o tym wiele razy.
Kiedy trzeciego dnia zobaczyli Go zmartwychwstałego, zawstydziło ich to, że tacy byli niewierni, że nic nie pojęli. Przekonali się wtedy, że Chrystus mówił prawdę, ale w tej prawdzie trudno jest wytrwać. Jak to wszystko zastosować w życiu, kiedy serce człowieka jest takie słabe? Nie wystarczy tylko poznać, wiedzieć, uwie­rzyć — trzeba mieć wewnętrzną siłę do wypełniania tego czynem.
Wtedy nabrały dla nich znaczenia słowa, które Pan Jezus wypowiedział w czasie Ostatniej Wieczerzy, że chociaż odchodzi, to nie zostawi ich samych, bo poprosi Ojca, żeby im dał „innego Pocieszyciela". Mówił do nich:  „Będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze — Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie" (J 14,6n). A zatem dzieło Chrystusa ma być dalej prowa­dzone przez niewidzialnego Ducha Świętego, który dzia­ła wewnątrz człowieka.
Kiedy więc Chrystus pożegnał się z apostołami, wstąpił do nieba i już Go więcej nie oglądali, zapamiętali, że mają pozostać w Jerozolimie i modlić się, czekając na obiecaną „moc z wysokości" (por. Łk 24,49). Musieli trwać na modlitwie, to znaczy ograniczyć zwykłe zajęcia i kontakty z ludźmi, a skupić się na słowach Psalmów, którymi wielbili Boga i wzywali Jego zmiłowania, Jego pomocy. Musieli niejako wejść w siebie, uświadomić sobie swoją słabość i otworzyć serca i umysły na działanie obiecanego Pocieszyciela.
Po dziewięciu dniach modlitwy, w dniu Pięćdzie­siątnicy, zstąpił na nich Duch Święty. Wtedy stało się z nimi coś dziwnego. Przemienili się całkowicie, stali się inni. Moc Boża zaczęła działać w ich sercach i chociaż Chrystusa już obok siebie nie widzieli, byli tak pewni i odważni w głoszeniu Jego Ewangelii, że bez lęku szli nawet na śmierć.
Apostołowie pamiętali o swoich doświadczeniach, gdy zaczęli głosić Chrystusa i udzielać Chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Wiedzieli, że Chrzest duchowo jakby zanurza człowieka w śmierci Chrystusa i wprowadza w nowe życie, podobnie jak oni doświadczyli męki i śmierci Zbawiciela, a potem przeżyli Jego Zmar­twychwstanie. Ale pamiętali też, że Chrystus nie tylko w czasie Ostatniej Wieczerzy zapowiedział im przyjście Ducha Świętego, który pozostanie w nich i który ich wszystkiego nauczy. Tę obietnicę Chrystus dawał już wcześniej: mówił, że wszyscy wierzący w Niego otrzy­mają Ducha Świętego, który obdarzy ich nowym życiem (por. J 7,39).
Właśnie dla wypełnienia tej obietnicy apostołowie troszczyli się o to, żeby wszystkim ochrzczonym przeka­zać dar, jaki oni otrzymali, dar Ducha Świętego, który ich, już wierzących w Chrystusa, wewnętrznie przemienił i umocnił. Czytamy w Dziejach Apostolskich, że po udzieleniu sakramentu Chrztu, który był przekazaniem mocy Chrystusa zmartwychwstałego, apostołowie wkła­dali ręce na nowo ochrzczonych, aby mogli oni otrzymać Ducha Świętego (por. Dz 18,17). Gest położenia rąk na głowie oznaczał pokorne wypełnianie polecenia Chrystu­sa: Oto otrzymaliśmy dar, który nie od nas pochodzi, jest nam dany, wzięliśmy go niejako w nasze ręce i przekazuje­my go dalej, aby działał, umacniał i przemieniał serca. Tak bowiem obiecał Chrystus Zbawiciel: „Nie zostawię was sierotami (...) Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co ja wam powiedziałem" (J 14,18.26).
Znak wkładania rąk stosowano odtąd w Kościele katolickim zawsze po udzieleniu sakramentu Chrztu. Początkowo, kiedy Chrztu udzielał biskup, następca apo­stołów, każdy z nowo ochrzczonych stawał przed nim powtórnie, aby otrzymać od niego dar Ducha Świętego. Dla uwydatnienia bogactwa tego daru zaczęto używać oliwy. Biskup maczał rękę w poświęconej oliwie i dotykał głowy nowo ochrzczonego. Miało to oznaczać, że dar Ducha Świętego jest duchowym namaszczeniem czło­wieka. Namaszczenie zaś oznacza obdarzenie jakąś wła­dzą, jakąś godnością. Namaszczano przecież królów, na­maszczano kapłanów. W ten sposób chrześcijanie chcieli wyrazić swoją wiarę w bogactwo łaski, którą przynosi Pocieszyciel — Duch Święty. I tak się ten obrzęd zachował aż do naszych czasów. Dzisiaj, kiedy biskup udziela Bierzmowania, także macza palec w oliwie po­święconej w Wielki Czwartek. Wypowiada przy tym słowa, które przypominają tamten wielki dar otrzymany przez apostołów: „Przyjmij znamię daru Ducha Świę­tego". To znaczy, że Duch Święty będzie darem Boga dla ciebie, aby cię prowadził i umacniał.
Z biegiem czasu, kiedy coraz częściej udzielano Chrztu także w dalszych okolicach, gdzie kontakt z bis­kupem był utrudniony, ustalono, że nowo ochrzczeni przynajmniej raz w życiu powinni spotkać się z bisku­pem, aby od niego otrzymać sakrament Bierzmowania. Tak tłumaczy ten zwyczaj święty Hieronim (przy końcu IV wieku), gdy pisze, że Chrzest można otrzymać od każdego człowieka, bo każdy może ochrzcić w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego — ale trzeba, żeby każdy ochrzczony zobaczył chociaż raz widzialny znak jedności Kościoła w osobie biskupa, następcy apostołów. Dlatego ma się zgłosić do pasterza chrześcijańskiej społeczności i od niego otrzymać znak utwierdzenia w wierze.
Żeby podkreślić jedność kapłaństwa, Kościół pozwala biskupowi dobrać sobie do pomocy przy Bierzmowaniu także kapłanów i im polecić również udzielanie tego sakramentu. W ten sposób razem z biskupem mogą bierzmować i kapłani. Władzę Bierzmowania ma kapłan również wtedy, kiedy spotka się z człowiekiem umierają­cym i dowie się, że nie był on bierzmowany. Wtedy nie trzeba szukać biskupa. Każdy kapłan udzielający sakra­mentów człowiekowi choremu w niebezpieczeństwie śmierci ma prawo udzielić mu również Bierzmowania, żeby ten chrześcijanin mógł otrzymać pełnię utrwalającej w wierze łaski, której do tej pory jeszcze nie otrzymał.
Chrzest i Bierzmowanie stanowią podstawowe wyposażenie każdego chrześcijanina. Chrzest jest nowym narodzeniem mocą Chrystusa zmartwychwstałego, na­rodzeniem do życia z Bogiem Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Bierzmowanie jest utrwaleniem w wierze, jest nowym poznaniem Boga przez niewidzialne działanie trzeciej Osoby Boskiej — Ducha Świętego. Duch Boży przychodzi wprawdzie niewidzialnie, ale Jego dzieła w ludziach są najwspanialsze.
Także o Chrystusie, który żył na ziemi jako czło­wiek, pisze święty Łukasz, że był On pełen Ducha Świę­tego i działał Jego mocą (por. Łk 4,1.14). W słowach i czynach Jezusa ujawniła się ukryta Boża moc, którą On posiadał jako Syn Boży — moc działania Ducha Świę­tego. Jak bowiem powiedział Chrystus — On „z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie" (J 16,14n). W ten sposób mówił Pan Jezus o tajemnicy Trójcy Świę­tej, tajemnicy Boga jedynego, w którym Ojciec, Syn i Duch Święty żyją w nieustannej miłości, obdarzając siebie nawzajem pełnią swojego Bóstwa.
Aby lepiej, głębiej zrozumieć tajemnicę Ducha Świętego, trzeba zwrócić się do Najświętszej Maryi Panny, która pierwsza stała się Jego Oblubienicą. Została przez Niego otoczona miłością i obdarzona łaską macie­rzyństwa Bożego. Wielka tajemnica Wcielenia, tajemnica Boga, który stał się człowiekiem, dokonała się w Maryi mocą Ducha Świętego. „Duch Święty zstąpi na Ciebie" — powiedział Jej Archanioł Gabriel, gdy zapytała: „Jak się to stanie?" Toteż Najświętsza Maryja Panna, rodząc światu Zbawiciela, a więc poznając bezpośrednio Syna Bożego, który przez Nią przyszedł na świat, jednocześnie poznała bezpośrednio Osobę Ducha Świętego. Poznała tajemnicę tej Osoby, która nie ukazuje się w postaci cielesnej, ale daje znać o sobie, o swojej obecności naj­wspanialszymi dziełami Bożej mocy i Bożego miłosierdzia. Duch Święty daje się poznać poprzez tajemnicze, cudowne przemiany, jakich dokonuje w ludzkim sercu, a także przez zewnętrzne dzieła, którymi ubogaca dzia­łalność Kościoła na ziemi.


autor tekstu: ks. Andrzej Santorski